Blogi: Hipomaniakalny kinoman

Ghost in the Shell (2017)

Oprócz ucieczki z sali, wybawieniem dla rozgoryczonego kinomana bywa również próba zakłamania samego siebie. Osobnik taki wynosi na pierwszy plan filmu to, co było tylko drugoplanowym przypadkiem. Oto jedna z prób takiego ratunku.
W aktorskiej wersji filmu, wśród scen wprost przywołujących japońską animację Ghost in the Shell z 1995 roku, znajduje się scena szczególna. Robotyczna inscenizacja stworzenia człowieka – przyobleczenie ludzkiego mózgu w pancerz maszyny. Epizod ten, umieszczony na samym początku, choć pozbawiony dialogu, podnieca szare komórki z werwą właściwą najciekawszym prognozom klasyków fantastyki naukowej. Tak jak w niespiesznych momentach Odysei kosmicznej Kubricka, materia i metafizyka (życie po życiu, życie przed życiem) scalone zostają wytworną estetyką artystycznej sci-fi. Technologiczne profanum łączy się tu z sacrum – skoro to właśnie technologia umożliwia wgląd do pozazmysłowego świata umysłu przed odtworzeniem reszty człowieka. Pozbawiony ciała, unoszący się w fabrycznych przestworzach mózg przywdziewa kolejne warstwy niby-ludzkiej fizyczności. Technologie zastępują matkę naturę; nieobecny w kadrze człowiek, który je zaprogramował, musi więc odgrywać rolę Boga. Czy tak ma wyglądać prenatalny rozwój człowieka przyszłości? Stworzenie cyborga w Ghost in the Shell budzi skojarzenie z procesem rękodzielniczym, nie stoi jednak na przeszkodzie pytaniu o automatyzację tego rodzaju biologicznej reprodukcji. Wkrótce konstatujemy, że mózg należał do ofiary wypadku. Skojarzenie fabryki z ludzkim łonem oraz skojarzenie procesu produkcji z porodem zastępuje wtedy myśl o wiele upiorniejsza: oglądaliśmy nie narodziny, a budzenie żywego trupa; nie łono, a futurystyczne zamczysko Frankensteina. Zmartwychwstanie odbywa się przecież po wcześniejszej ekshumacji zmasakrowanego ciała. Czy grobowa geneza czyni z bohaterki nosicielkę śmierci? Czy posiada ona niedostępną dla żywych tajemnicę? Wreszcie – czy nam ją zdradzi?
Spośród pytajnikowych napięć z prologu to właśnie kobiecość – kobiecość trupa w bezcielesnym pancerzu – obrabiana jest w filmie najintensywniej. Pierwszy plan amerykańskiego filmu Brytyjczyka Ruperta Sandersa zajmuje przecież sama Scarlett Johansson. Aktorka konsumowała już mężczyzn jako kobieta-modliszka nie z tego świata w Pod skórą (reż. Jonathan Glazer); była femme fatale w ekranizacjach komiksów Marvela i najseksowniej zachrypniętą sztuczną inteligencją w dziejach kina (Ona, reż. Spike Jonze). Zimna namiętność, z którą Johansson jest kojarzona, przenika robotyczne ciało jej bohaterki wGhost in the Shell. Choć odgrywana przez nią Major tęskni za dotykiem, choć pozbawiono ją czucia i wykastrowano z genitaliów, „wyzwalając” tym samym z ograniczeń ludzkiego ciała, w naszych oczach jest nie tylko doskonałym żołnierzem, ale i nadzwyczaj piękną kobietą. Kobietą w nieswoim, choć idealnie sprofilowanym ciele: wybrakowaną z brodawek sutkowych i waginy istotą w cenzurowanym negliżu, wystawioną na pożądliwe spojrzenie widza, a mimo to pozbawioną wstydu. Hollywoodzkie ograniczenia wiekowe czynią płciowość Johansson paradoksalną, a przez to tak ciekawą. Ikonę seksu przykrywa pruderia zaprogramowana dla wysterylizowanych gimnazjalistów.
Do lektury całego tekstu zapraszam na łamy Korporacji Ha!Art.

Zobacz też

Hipomaniakalny kinoman - Blog Gabriel Krawczyk

Cytat Zygumnta Kałużyńskiego

Sala kinowa znowu istnieje! Okazuje się, że to, co jest jej potrzebne, to film, w którym pulsuje życie. Czy nie jest to właśnie przepis na przyszłość kultury, bardziej prosty niż można było się spodziewać?

Zygmont Kałużyński