Blogi: Hipomaniakalny kinoman

Wiosna Filmów 2017

Poniżej umieszczam notki/minirecenzje tytułów 23 Wiosny Filmów, w której miałem okazję w ostatnich uczestniczyć: "Historii pewnego życia", "Zjednoczonych stanów miłości" i "Personal Shopper". Polecam również teksty o innych filmach emitowanych na Festiwalu: "Frantz", "Jackie", "La La Land", "Ja, Daniel Blake", "Paterson", "Ostatnia rodzina", "Moonlight". 
"Francja, rok 1819. Siedemnastoletnia Jeanne opuszcza klasztor, gdzie wychowywała się wraz z innymi młodymi arystokratkami, i powraca do rodzinnej posiadłości. Młoda i pełna oczekiwań wobec życia Jeanne poślubia przystojnego wicehrabiego Juliana de Lamare, który wydaje się być doskonałą partią. Następne lata małżeństwa przynoszą jednak pasmo rozczarowań – mąż okazuje się być egoistą i skąpcem, nieustannie zdradza Jeanne, w dodatku pojawiają się kłopoty finansowe. Rzeczywistość okazuje się być jakże odległa od oczekiwań, a Jeanne próbuje stawić jej czoła".
"Historia pewnego życia" (polska premiera 16 czerwca) Stephane'a Brize'a (twórcy rozkładającej na łopatki "Miary człowieka") to film łechtający emocjonalną inteligencję i spostrzegawczość widza. Ucieka od kluczowych dla tytułowego żywota wydarzeń, a zamiast tego pokazuje same ich konsekwencje. Tę metodyczną oszczędność wyjęto wprost z literackiego pierwowzoru Guy'a de Maupassanta, błyskotliwego lawiranta skupiającego się przede wszystkim na – wynikających z przemilczanych faktów – postępowaniu i geście bohaterów. Jego czytelnicy muszą nieustannie odgadywać, jakie to uczucia i wrażenia powodują daną postacią. Wzorem francuskiego naturalisty, Brize na rozmaite sposoby mnoży więc synekdochy, wymuszając na nas łączenie w jeden ciąg kreatywnie niedopowiadanej opowieści.
Snując na ekranie rozpisany na dekady żywot Jeanne, prowincjonalnej pani Bovary, wydelikaconej przez lektury i spragnionej romantycznej miłości, Brize konsekwentnie, ściąga ją na ziemię. Burzy w niej kolejne fantazje: miłości i namiętności, zaufania i bliskości, rodzinnej sielanki i synowskiej wdzięczności; o pragnieniu finansowej prosperity czy towarzyskim prestiżu nie wspominając. Porządek społeczny rodem z powieści Jane Austen nie jest tu kołem zapasowym indywidualnego sukcesu, skoro bohaterka tego kameralnego żywota (ograniczonego dosłownie do kilku postaci) swój skromny cel upatruje w bezpośredniej relacji z drugim człowiekiem. A ta wydaje się u Brize'a niszcząca i beznadziejna.
Zamknięty w kwadratowych ramach, nerwowo poruszany kadr z biegiem kolejnych minut dystansuje faktyczne osamotnienie Jeanne od jej wspomnień, rozgrywanych na ekranie w sielankowej konwencji pierwszej części Wajdowskiego "Pana Tadeusza": przyjaznego towarzystwa słońca, kolorowych kwiatów i bzyczących owadów. Coraz częściej bohaterka osadzana jest w odludnych, bagnistych pejzażach pod zachmurzonym niebem, co podkreśla niegościnność jej małego świata, podobnego raczej "Wichrowym wzgórzom" Andrei Arnold niż Soplicowie. Gdy coraz mocniej obijana przez los Jeanne apatycznie wpatruje się w przestrzeń za oknem, mamy poczucie, że z rodzinnych włości nie znajdzie już ucieczki. Jest do nich przykuta łańcuchem, podobnie jak do marzeń, które z nimi wiązała. Jeśli w "młodszych" epizodach wydawała się częścią kwitnącej przyrody, to po doświadczeniach dorosłości boleśnie zrasta się z podupadającym gospodarstwem. A raczej z tym, co z niego zostało.
Kto jednak myśli, że dla pechowej Jeanne nie ma ratunku, ten jest w błędzie. Mądrość twórców polega bowiem na tym, że tak jak nie upajają się nieszczęściem bohaterki, wprost go nie ukazując, tak samo po cichu zapalają płomyczek nadziei. Nadziei, która zawsze jest, nawet wtedy, gdy musimy się jej domyślać.
Ze "Zjednoczonych stanów miłości" cierpienie wylewa się jednostajnym strumieniem. Odpowiedzialny za całość Tomasz Wasilewski przypomina smutnego narcyza od dawna zamkniętego za jakąś magicznie zniekształcającą szybą rodem z gabinetu luster, która każdy uśmiech na twarzy zamienia w wyraz bezbrzeżnej rozpaczy.
Opresja ze strony heteroseksualnych, zwyrodniałych, bez wyjątku egoistycznych mężczyzn nie zna w "Zjednoczonych..." granic. Ponuractwo cierpiętniczego pozera, jakim jest Wasilewski, zamienia jego pastisz "Dekalogu" w taką parodię Kieślowskiego, która utraciła poczucie humoru. Łopatologia wyrażająca się w smutnych do granic rozsądku postaciach, w jednowymiarowych relacjach między nimi i takich filmowych emocjach znajduje ekstremum w scenie masturbacji faceta nad upitą do nieprzytomności nagą kobietą. Gdy mężczyzna-symbol znaczy swoje terytorium, a następnie zostawia swoją seksualną symbol-niewolnicę samą sobie, na ratunek przychodzi jej symbol-sąsiadka-lesbijka, by wytrzeć ślady "hetero-symbol-przemocy". Wspomnijmy jeszcze przerabiane do upadłego wizualne motywy rodem z kina Seidla, pozbawione czułości długie zdystansowane ujęcia, puste "samotne" kadry w symetrii, liczone w tuzinach nieatrakcyjne ciała w niby to przypadkowym negliżu. Gdyby cały nasz naród obejrzał pretensjonalnie-cierpiętniczy film Wasilewskiego, Polskę opanowałaby plaga samobójstw i stałby się koniec świata. Tak by było.
Gdy kolejny raz oglądam podobny do innych horror, marzę o takim, którego nikt by nie reklamował ani nie zapowiadał, o horrorze niewiadomego pochodzenia, na którego opakowaniu nie widniałaby gatunkowa łatka, a ja, niczego nieświadomy, mógłbym odpalić seans – spodziewając się na przykład dramatu lub romansu – i, dajmy na to, dostać zawału i umrzeć w dreszczowej rozkoszy. Nie wyobrażam sobie cudniejszego zwieńczenia żywota kinomana i miłośnika horroru. Wyobraźcie sobie, oglądacie realistyczną ekspozycję, dostajecie konkretny konflikt, angażujecie się w jego rozwiązanie, gdy nagle dotychczasowe przepisy kinowego świata przestają obowiązywać, filmowy maluch, którym kieruje reżyser, przemienia się w pozbawione hamulców Ferrari, a wy uświadamiacie sobie, że nawet nie zapięliście pasów. Pędzicie w nieznane i nie wiecie, czy wolicie zostać na miejscu, czy wyskoczyć przez okno. Zaskoczenie totalne. Zawsze chciałem dać się tak zaskoczyć. Obejrzałem jednak "Personal Shopper" Oliviera Assayasa i, mówiąc krótko, już nie chcę.

Zobacz też

Hipomaniakalny kinoman - Blog Gabriel Krawczyk

Cytat Zygumnta Kałużyńskiego

- A czytał Pan, Panie Zygmuncie Biblię?
- Stale czytuję, bez przerwy! Znakomita książka, polecam gorąco, szczególnie osobom duchownym.

Zygmont Kałużyński